Rozwój

Jak pokonałam moich 5 zjadaczy czasu

zjadacze czasu

Czy też tak macie, że kiedy patrzycie na dokonania innych osób wydaje Wam się że  te osoby jakimś sposobem mają więcej czasu od Was? Niby wiecie, że mają go tyle samo co Wy, ale wydaje się jakby opanowały jakąś magiczną zdolność pomnażania jego ilości? Ja też miałam takie myśli – do czasu. Do czasu, kiedy postanowiłam sprawdzić gdzie znikają moje zasoby czasu i czemu wciąż cierpię na jego niedobór. Znacie metodę dziennika diety? Polega ona na tym, że zapisujemy dokładnie to, co zjedliśmy danego dnia – dzięki temu, z czasem możemy zauważyć błędy w naszej diecie i przy troszkę dłuższym niż dzień jego prowadzeniu, dostrzec przyczyny dlaczego do tej pory nie udało nam się schudnąć. Tę samą metodę możecie tak jak ja to zrobiłam, zastosować do sprawdzenia gdzie podziewa się Wasz czas. Opowiem Wam dziś o niej i o tym, jak pokonałam moich 5 zjadaczy czasu.

Dziennik czasu

Mój dziennik prowadziłam w formie elektronicznej z powodu tego, że bardzo dużo czasu w ciągu dnia spędzam przy komputerze, a ważne jest by zapisywać ile się go poświęciło na wykonanie czynności z danej grupy w miarę szybko po jej wykonaniu.

Grupy można sobie podzielić zupełnie dowolnie, w zależności od tego co się realnie robi. Moje grupy czynności to:

Praca i dojazd do pracy (jeśli akurat jadę do biura) / Blog – pisanie, zdjęcia / Czytanie blogów i książek rozwojowych / Kursy, podcasty, filmy motywacyjne, planowanie, szukanie zdjęć i inspiracji, nauka fotografii, obróbka zdjęć / Gotowanie i sprzątanie w kuchni / Sprzątanie / Pranie i prasowanie / Rozmowy i czas z mężem / Rozmowy i czas z rodziną i przyjaciółmi / Siłownia / Dbanie o siebie / Wyjścia z domu / Sen / Leżenie w łóżku, czytanie / Zamartwianie się, nadmierne rozmyślanie, zmęczenie / Oglądanie filmów i seriali

Zapisywałam ile czasu dziennie poświęciłam na wykonywanie czynności z poszczególnych grup, tak by oczywiście liczby zsumowały mi się do 24.

Dzięki tej metodzie po jakimś czasie zaczęłam widzieć wzorzec, wyciągnęłam z tego doświadczenia kilka ciekawych wniosków i przede wszystkim zidentyfikowałam 5 czynności, na które jak się okazało, poświęcałam lwią cześć mojego czasu. Były to:

Scrollowanie Instagrama i Facebooka

Na facebooku i na Instagramie już jakiś czas temu zrobiłam czystkę i wyrzuciłam niedobre dla mnie konta i przestałam obserwować ludzi pokazujących rzeczy które źle na mnie działają. Obserwuję głównie ulubionych blogerów i strony które w jakiś sposób pomagają mi się rozwijać. I to jest dobre. Dobre, dopóki przeznaczamy na to racjonalną ilość czasu. Bo jednocześnie stanowi pułapkę i łatwo jest zatracić się w poczuciu, że czytając to wszystko robimy coś dobrego dla siebie i tego czasu poświęcamy na to coraz więcej. A pamiętajcie, że jest to tylko czytanie! Tak samo przeczytanie tego posta nie sprawi, że jeśli macie podobny problem to magicznie on sam się rozwiąże – nie, to jest tylko wskazówka i jedna z dziennych porcji motywacji do działania. Działanie zawsze było i będzie kluczem do sukcesu.

Oglądanie seriali i  filmów

Nie mam telewizora ale jakoś nie bardzo przeszkadzało mi to w poświęcaniu 2-4 godzin dziennie na oglądanie różnych seriali i urywków filmów. Niestety jeśli chodzi o filmy, popadłam też w drugi zły nawyk czyli nieoglądanie filmu w całości tylko fragmentami, co tak naprawdę nie pozwala się nim cieszyć i sprawia, że strata czasu z tego tytułu jest o wiele większa. Wiecie, że jak zastanowiłam się nad serialami które oglądałam w ciągu ostatnich lat, stwierdziłam że na jakieś 7 które oglądam, 5 z nich to totalne bzdury, które praktycznie nic do mojego życia nie wnoszą, a jedynie odbierają mi kolejne cenne minuty. Powiedziałam temu stop i zostawiłam 3 które naprawdę chcę oglądać.

Zamartwianie się

Można powiedzieć że kiedyś zamartwianie się to było moje drugie imię. Już od kilku lat uczę się tego nie robić, bo wiem jak bardzo destrukcyjnie działa to na moją psychikę, a nie wnosi kompletnie żadnych pozytywów. I kluczem do pokonania tego niedobrego nawyku jest zrozumienie tego że niczego dobrego to nie przynosi. Fajnym pomysłem jest też zapisanie swoich zmartwień – poświęcenie temu np. 10 minut dziennie.

Wylegiwanie się w łóżku

Jako osoba która zmaga się od paru dobrych lat z depresją i jej okresowymi nawrotami i dodatkowo ma możliwość pracy z domu w dowolnych godzinach możecie sobie wyobrazić, że problem ten u mnie był naprawdę spory. Zwłaszcza, że moje samopoczucie o poranku jest zazwyczaj bardzo bardzo złe i zajmuje mi jakieś 2 godziny rozruszanie się i wyjście z mojej prywatnej czarnej dziury. Nie muszę dodawać, że takie wylegiwanie się w łóżku połączone dodatkowo z zamartwianiem się i wyrzutami sumienia powodowało u mnie jeszcze większe nasilenie objawów depresji. Dla mnie póki co, jedynym wyjściem była zmiana nastawienia – zrozumienie mojej choroby i danie sobie możliwości poleżenia dłużej. O dziwo, kiedy przełączyłam mój mózg na takie myślenie potrzeba wylegiwania się zmniejszyła się. Tu zadziałał mechanizm psychologiczny bo zwyczajnie się odblokowałam. O  tym jeszcze opowiem.

Spacery po galerii handlowej

Uwielbiałam to! Zwłaszcza w czasie kiedy Instagram służył mi jako źródło inspiracji zakupowych i miałam na te zakupy pieniądze. A raczej myślałam, że miałam. Bo tak naprawdę mam i zawsze miałam tak jak i na pewno jak większość z Was, dużo ważniejsze wydatki niż kolejny wazonik czy kosmetyk – czyli rzeczy które są tak naprawdę zbędne, a tylko zagracają przestrzeń. Niedawno doświadczyłam tego, jak bardzo uszczęśliwia mnie minimalizm, uporządkowana przestrzeń i pomoc innym – uczucie bezcenne i bardzo polecam wyprzedaż lub oddanie zbędnych rzeczy potrzebującym 🙂

Myśl o rozwiązaniu, nie o problemie

Ta dewiza przyświeca mi od dawna i wtajemniczeni fani Goodkinda będą wiedzieć dlaczego – książki to naprawdę najlepsze na co można „marnować” czas! Moi Drodzy, moje rozwiązanie jest prostsze niż się wydaje a jest nim… dziennik czasu! Bo rzecz jasna prowadzę go nadal 🙂 Jest to niesamowite narzędzie, nie tylko diagnostyczne ale też organizacyjne, bo kiedy widzę liczby, widzę fakty. A kiedy mam je widoczne jak na dłoni, wiem dokładnie ile czasu na co „wydaję” i dużo dużo łatwiej jest mi działać skutecznie. Są rzecz jasna pory dnia, dni, które są naprawdę złe i wtedy w okienkach Leżenie w łóżku, czytanie / Zamartwianie się, nadmierne rozmyślanie, zmęczenie / Oglądanie filmów i seriali liczby drastycznie rosną. Wtedy jednak nie poddaję się i nie spisuję całego dnia czy nawet tygodnia na starty, o nie! Zaznaczam sobie w moim dzienniku czerwony „alert” i kolejnego dnia poprawiam się – w ten sposób wciąż idę do przodu.

A co robię z uwolnionym czasem? Ogromna jego część przeszła na jasną stronę mocy – robię dużo więcej rzeczy które są dla mnie ważne, jak na przykład nauka grafiki i fotografii, czytanie książek rozwojowych, prowadzenie dziennika coachingowego (którego temat poruszę już niedługo, bo dziennik ten jest absolutnie świetny!), przygotowywanie zdrowych posiłków, regularne treningi na siłowni i rzecz jasna prowadzenie tego bloga. Powoli, czasem szybciej, w zależności od stanu zdrowia i samopoczucia ale zawsze do przodu.

Dajcie znać co myślicie o tej metodzie i czy jest dla Was nowa, czy może już jakąś jej formę stosowaliście. I uwierzcie, że Wy też możecie posiąść zdolność rozciągania dnia 🙂

Udostępnij: