PsychologiaRozwój

Lepiej „jakoś” czy wcale – o dążeniu do perfekcji

Lepiej „jakoś” czy wcale? Skąd taki tytuł posta? Coraz częściej rozmyślam nad pewnym paradoksem mojego życia – próbując dojść do perfekcji (w różnych dziedzinach mojego życia) często blokowałam się i nie osiągałam konkretnych rezultatów. Same próby bycia idealną sprawiały, że mój zapał gasł szybciej niż zapałka w deszczu, a zawód i żal, że nie mogę tego czy tamtego osiągnąć sprawiały, że się wypalałam i traciłam wszelką motywację do kontynuacji działania. Może powiecie, że to kwestia niedojrzałości, braku odpowiedzialności, wychowania… Nie wnikając w takie przyczyny tego stanu chciałabym wyjaśnić skąd bierze się to negatywne zjawisko oraz jak można sobie z nim wstępnie poradzić – bo problem jest złożony i często najlepszym i najtrwalszym jego rozwiązaniem jest długotrwała praca nad sobą.

Jak daje o sobie znać perfekcjonizm?

Perfekcjonizm to cecha, która występuje częściej u kobiet (zwłaszcza młodych) niż u mężczyzn. Mężczyźni zazwyczaj robią coś dla konkretnego efektu, a po wykonaniu zadania przechodzą do kolejnego etapu, bez zbytniego zastanawiania się, że „mogli zrobić to lepiej”. U nas perfekcjonistów jest inaczej. My uważamy, że zawsze można było zrobić coś lepiej, dokładniej, bardziej idealnie. Nieczęsto jesteśmy z siebie zadowolone. Rzadko odczuwamy prawdziwą satysfakcję. Bardzo potrzebujemy gratyfikacji zewnętrznej – by ktoś nas pochwalił, nagrodził. Co jednak najważniejsze – to wszystko to nie my – to nasz perfekcjonizm – potwór zżerający nas od środka, który to wszystko „myśli” za nas – podsuwa nam te myśli, byśmy uznały je za własne. Bo jemu nie chodzi o faktyczne popchnięcie nas do osiągnięcia w czymkolwiek świetności i rozwoju – o nie! Paradoksalnie on nawet nie jest prawdziwym potworem – bo robi to wszystko by nas chronić…

Dlaczego i po co dążymy do perfekcji?

Po co się starać ponad siły i dążyć do osiągnięcia ideału (kiedy logika podpowiada nam, że ideału osiągnąć się nie da)? W którymś momencie życia musiało zostać porwane na strzępy nasze poczucie bezpieczeństwa, bycia kochanym bezwarunkowo. Zabrano nam też poczucie, że zasługujemy na szczęście i dobrobyt tak po prostu – nauczono nas, że na to, jak i na dobra materialne musimy zasłużyć. Próby zostania ideałem zawsze kończą się porażką. A każda kolejna sprawia, że odczuwamy iż na szczęście zasługujemy jeszcze mniej (bo przecież jesteśmy tak nieudolni!), że czujemy się jeszcze mniej bezpiecznie (znów nam nie wyszło, jakie będą konsekwencje?!), czujemy do siebie coraz większą niechęć, przepełnia nas rozczarowanie. Wewnętrzny głos (nasza podświadomość), który sugeruje nam dążenie do perfekcji, pragnie byśmy mogły uniknąć ogromu tego cierpienia i nie zna innej drogi (bo taką nam/jej wpojono) jak prowokowanie nas do usilnych starań i działania.

Perfekcjonizm silnie związany jest z nerwicą, depresją, uzależnieniami. Sprawia, że tak naprawdę nie wykorzystujemy swoich możliwości, ponieważ bardzo często dochodzimy do momentu, w którym przed dalszym działaniem paraliżuje nas lęk. Pojawia się niemoc życiowa. Nie wiemy co dalej, co się z nami dzieje. A mechanizm (jak dobrze znanego min. z depresji!) błędnego koła, dopełnia tragizmu całej sytuacji (no wiecie – niemoc, brak działania, depresja, popełnianie błędów gdy jednak musimy coś robić, obwinianie się itd.).

Dygresja: Od jakiegoś czasu mam problem związany z wyborem mojej dalszej drogi życiowej. Związane jest to głównie z moją pracą, która cechuje się sporą dozą niestabilności – jest to biznes tymczasowy, który może za rok, może za pięć, ale kiedyś się skończy. Wtedy czeka mnie duża zmiana, na którą jednak wolałabym się przygotować wcześniej – niezbyt raduje mnie perspektywa pozostania z niczym i zaczynania wszystkiego… no właśnie – od czego? Od nowa? W tej pracy sporo się nauczyłam – choć faktycznie jest to taka odrobina z wielu różnych rzeczy – min. pisanie umów, marketing, grafika, tworzenie stron. W czym jednak rzecz? W niczym nie jestem tak naprawdę dobra, ani wyspecjalizowana. Nie wiem jaką pracę mogłabym wykonywać, gdybym musiała wrócić na etat. Nie wiem również, co mogłabym robić i w czym być dobra, by móc nadal pracować na własny rachunek. Jestem na totalnym rozdrożu!

Jestem na rozdrożu, bo od wielu wielu lat mam głęboko zakorzeniony w sobie właśnie perfekcjonizm. I on podpowiada mi, że czego bym nie wybrała, czego bym nie zrobiła to i tak nie będę idealna, i tak nie odniosę już sukcesu. Mój wewnętrzny głos poszedł jeszcze dalej i twierdzi, że nie jestem już młoda (mam 28 lat) i na wiele już za późno. Wypowiada się nawet na temat bloga – radzi, żebym to rzuciła, bo jestem w tym za słaba – kiepsko piszę i szkoda miejsca w Internecie na moje wypociny.

A wiecie co ja twierdzę? Że my – perfekcjoniści – musimy się przełamać i robić swoje! Bo prawda jest taka, że najważniejsze i tak jest działanie, a z czasem i praktyką (która przecież czyni mistrza!) będzie nam szło coraz lepiej. Zadajmy sobie pytanie: PO CO MA BYĆ IDEALNIE? (Czy to naprawdę nasza wewnętrzna potrzeba? Tak na 100% nasza?) Niech słowo WYSTARCZAJĄCO będzie naszym mottem od dziś. I tak, wiem, że w świecie, w którym panuje ogromna konkurencja i wyścig szczurów łatwiej jest to powiedzieć niż zrobić. Jednak ważniejsze jest chyba odrzucenie mało konstruktywnych, wręcz niszczących wzorców myślowych niż tkwienie w nich i co by nie powiedzieć: dalsze męczenie się, które zabiera nam produktywność i jeszcze bardziej oddala nas od naszych celów i marzeń? Przestańmy świadomie porównywać się z innymi – zawsze i wszędzie znajdą się lepsi od nas (a my jako perfekcjoniści, tych gorszych – których też jest wielu – nie zauważamy przecież wcale). Na perfekcjonizm najlepszą długofalową metodą leczenia, która może przynieść trwałe skutki jest CBT – terapia poznawczo-behawioralna, która skupia się na przełamywaniu błędnych wzorców myślowych (i zachowań) i zmianie ich w poprawne.

Udostępnij: