CiążaMacierzyństwo

Cesarskie cięcie po indukcji, moje odczucia po porodzie

Będąc w ciąży, myśląc wtedy o porodzie o tym jak to będzie, nie spodziewałam się, że przyjdzie mi przejść tak wiele różnych rzeczy w szpitalu. Nie wiedziałam że będę musiała doświadczyć tak wielu różnych procedur medycznych, że doświadczę tak wielu wstrząsających wrażeń. Przeżyłam wiele nieciekawych momentów i dziś Wam o nich opowiem. Nic nie było tak jak sobie wcześniej wymyśliłam, scenariusz życie napisało dla mnie inny. Jego efektem jest jednak największe Szczęście pod Słońcem i teraz już tylko to się liczy. Wiele się działo i nie chcę mimo wszystko by wspomnienia umknęły, więc postanowiłam wszystko opisać. Ten post będzie dość długi, przygotujcie się na solidną dawkę wrażeń.

Uwaga! Post zawiera dość drastyczne przeżycia i opis porodu. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Patologia ciąży

Zaczęło się w 37 tygodniu ciąży od wzrostu ciśnienia. W pewnej chwili Dopegyt który brałam, przestał stabilizować mi ciśnienie i skoczyło do około 160/110 przez kilka pomiarów. Akurat zbiegło się to z wizytą u mojego lekarza prowadzącego i natychmiast dostałam od niego skierowanie do szpitala. I tak 6 lutego trafiłam na patologię ciąży. Oddział mocno nieciekawy bo trafiają tam kobiety z różnymi problemami i dużo się dzieje, do tego ciągłe budzenie w nocy to na pomiar ciśnienia, temperatury, to na ktg – procedury te nie pomagają wypocząć… Na patologii wykryto jakieś nieprawidłowości w ktg (“płaskie zapisy”), w usg wykryto wielowodzie (wcześniej nie było o tym mowy!), dodatkowo spora już była jak na 37 tydzień ciąży wielkość główki Maluszka, zwłaszcza wymiar BPD. Podjęto więc decyzję o indukcji czyli wywołaniu porodu, które planowane było wstępnie po ukończeniu 38 tygodnia ciąży (na 11.02.), jednak wyniki sprawiły że musiało się odbyć wcześniej i cała procedura została przeniesiona na 9 lutego, czyli na dwa dni wcześniej. Na szybko wykupiliśmy opiekę położnej – indukcja to coś co może się powieść lub nie, ale już wcześniej planowaliśmy by mieć taką opiekę. Rodziłam w szpitalu ProFamilia, w którym wykupienie takiej opieki jest możliwe, dodatkowo bardzo kompetentną położną poznaliśmy w szkole rodzenia i to na jej opiekę się zdecydowaliśmy.

Dzień przed indukcją

Przed indukcją właściwą (tj. kroplówka z oksytocyną) miałam przeprowadzoną tzw. preindukcję porodu za pomocą cewnika Foleya. Pech sprawił, że pierwszy raz założono mi go źle i procedurę musiano powtórzyć. Odczucia nieprzyjemne ale do przeżycia, potem nie było już tak bardzo go czuć. Cewnik miałam założony na 8 godzin, po tym czasie go usunięto. Niestety nie przyczynił się on do powstania zbyt dużego rozwarcia, co już było jakimś sygnałem, że poród siłami natury będzie jeszcze trudniejszy. Rozmowa lekarzy (którą prowadzili między sobą, ze mną za parawanem) po badaniu dodatkowo nie nastroiła mnie pozytywnie na taką formę porodu ponieważ mówili “najwyżej zrobimy cięcie”…

Dzień porodu – 9.02.2019

W dniu zaplanowanej indukcji około godziny 13 trafiłam na trakt porodowy, cały czas był przy mnie mój Mąż. Ładny, wygodny pokój ze wszystkimi udogodnieniami typu prysznic, wanna, worki sako, fotel itp. stał się na jakiś czas nasz. Lewatywa (to dla mnie pikuś, bo kiedyś stosowałam lecznicze lewatywy z kawy) i kąpiel na początek, potem nadeszły problemy z wkłuciem do wenflonu (chciałam mieć wenflon na nadgarstku jednak moje żyły tego nie chciały i nic z tego nie wyszło, są to podobno tzw. uciekające żyły, bolało dużo bardziej niż wkłucie w zgięciu łokcia, a efektu zero… cóż). Następnie podłączono mi kroplówkę z oksytocyną. I już tutaj zaczęło się robić nieciekawie. Najpierw Maluszek “zaparł” się nóżkami aż po moje żebra (to było dokładnie takie odczucie!), potem okazało się, że rozwarcie wcale się nie zwiększa, a główka ciągle “balotuje” czyli nie wstawia się wcale w kanał rodny. Kroplówka została przerwana i wznowiona za jakiś czas. Nadal czekałam trochę chodząc, trochę leżąc na łóżku porodowym. Położna niestety stwierdziła, że mam nie więcej niż 10% szans na to, że urodzę naturalnie – nie powiedziała tego jakoś złośliwie ale to był kolejny sygnał, że coś jest nie tak. Leżałam jednak i czekałam. Po jakimś czasie położna wróciła z lekarką, która zaczęła mnie badać. Potem dowiedziałam się że zauważyły jakieś nieprawidłowości w ktg i trzeba było szybko działać. Zaczęło się mechaniczne przebijanie pęcherza płodowego… Wszystkie wody – których jak się okazało była masa (faktycznie było to wielowodzie!) zaczęły wypływać, bolało bardzo i było to okrutne uczucie – nagorsze z całego porodu! Trwało nie wiem ile bo byłam tym straszliwie zmęczona. Po odpłynięciu wód zaczęło się szukanie tętna Malca na ktg – w pewnej chwili zobaczyłam przerażenie w oczach lekarki bo nie mogła znaleźć tętna ;( Natychmiast wezwano lekarzy i zdecydowano o wykonaniu cesarskiego cięcia w trybie nagłym. Kiedy wstałam z łóżka porodowego, tętno znaleziono i zaczęto mnie przebierać w przezroczystą koszulę do cesarki, w między czasie tłumaczenie lekarzy dlaczego muszą je wykonać i podpisanie zgody na operację. I mój płacz, że mi się nie udało i że Mały nie pojawi się na tym świecie za pomocą sił natury. Pytałam lekarzy jak bardzo jest źle ale pocieszono mnie, że gdyby było bardzo źle nawet byśmy nie rozmawiali i nie czekali by oni na podpisanie przeze mnie zgody. Zaprowadzono mnie szybko na salę operacyjną i błyskawicznie rozpoczęto wykonywanie znieczulenia podpajęczynówkowego. Nie zadziałało… Wciąż czułam nogi, wciąż mnie o to pytano, a ja ciągle nimi ruszałam. W końcu nałożono mi maseczkę z tlenem…

Pamiętam obudzenie się – okazało się, że jest po wszystkim. Leżałam w jakiejś sali, obok kręcili się różni ludzie, wybudzano mnie, mówiono do mnie. Zaczęłam pytać ze łzami w oczach i paniką czy Sebuś jes bezpieczny, czy żyje, czy ja żyję. Pytałam czy mam macicę, czy będę mogła mieć jeszcze dzieci. Byłam pod wpływem morfiny ale uczucia jakie do mnie napłynęły były wstrząsająco silne i lekarze pytali mojego Męża czy ja tak mam. W końcu ich zobaczyłam – mojego Męża i mojego Synka na Jego rękach (na szczęście oddano Mu Go do kangurowania). Małego położono na mnie, a ja kompletnie popłakałam się z ulgi i szczęścia (choć nadal nie wierzyłam, że żyję). Malucha od razu przystawiono do mojej piersi i nawet zaczął ssać – to było piękne uczucie… Leżeliśmy tak razem przez jakiś czas, Mąż też miał łzy w oczach, ja płakałam jeszcze długo.

Po porodzie

Po wszystkim zabrano Malca i przewieziono mnie na salę pooperacyjną, gdzie odpoczywałam przez jakiś czas. Potem wraz z położną spróbowałam kilkukrotnie wstać (po kilku godzinach) co niestety mi się nie udawało bo mdlałam. Powiedziała, że to nie jest normalne i wezwała lekarzy. Było duże ryzyko, że konieczna będzie transfuzja krwi, jednak obeszło się bez niej i następnego dnia rano, zanim o 6 przywieziono mi mojego Maluszka wstałam już mimo ogromnych zawrotów głowy, bólu i pieczenia rany po CC. Straciłam dużo krwi i codziennie od tej pory podawano mi żelazo, dodatkowo mam je brać jeszcze 1,5 miesiąca.

Trudne chwile i przedłużony pobyt w szpitalu

W szpitalu przeżyliśmy jeszcze duuużo trudnych chwil min. problemy z karmieniem (Maluch do dziś nie chce ssać bezpośrednio z piersi i podaję mu odciągnięte mleko, którego na szczęście póki co mam dużo), żółtaczkę i pełne 25 godzin naświetlenia na macie do fototerapii (i mój lęk o Jego oczka i ciągłe poprawianie Mu tych małych okularków ochronnych), spadek płytek krwi i oczekiwanie na kolejne wyniki z ogromnym lękiem (ewidentny efekt fototerapii, choć lekarz twierdził że to nie z tego powodu – wujek Google i bazy danych z najnowszymi badaniami powiedziały mi jednak inaczej i tej nadziei się trzymałam – jak się okazało – słusznie bo płytki na trzeci dzień po terapii wzrosły do prawidłowego poziomu). Bezsenne noce, ogromne wyczerpanie, samodzielna opieka nad Malcem w systemie rooming-in (który skądinąd ma tę wadę, że jest przeraźliwie wykańczający ale tę ogromną zaletę, że dziecko jest cały czas z mamą – niestety odwiedziny i pomoc bliskich możliwa jest tylko w godzinach 7-22), brak pokarmu przez pierwsze 3 dni po CC i koszmarny (!) dół z tego powodu, potem ciągłe maratony z laktatorem i Malcem, bardzo częste przewijanie sprawiły, że do domu wróciłam w dość opłakanym stanie. W szpitalu łącznie spędziliśmy 11 dni i do końca nie wiedziałam, czy nie wyjdę bez Małego z powodu słabego wyniku płytek krwi. Mnie wypisano w 7 dobie po porodzie – zgodnie z polityką szpitala nie mogłam dłużej tam być, Jego dopiero po wynikach. Do domu wróciliśmy niesamowicie szczęśliwi – Razem!

Odczucia po porodzie, kiedy Malec jest na świecie

Cała historia nie była za ciekawa ale szybka reakcja położnej (dziękuję Pani Basiu) i lekarzy sprawiły, że mam zdrowego Synka, który dostał 10 punktów w skali Apgar, w którego co dzień wpatruję się jak w obrazek. Jest trudno, bo póki co Mały nadal nie ssie z piersi (wiem czemu dopiero od wczoraj – to wina zbyt płaskich brodawek), a maratony z laktatorem, płaczem, karmieniem, przytulaniem i przebieraniem ciągną się czasem po 2 godziny minimum 6-8 razy dziennie. Sypiam po 4-5 godzin z przerwami i o dziwo póki co funkcjonuję całkiem nieźle. Miłość do Synka dodaje mi sił i nigdy bym nie pomyślała, że jest to tak cudowne uczucie – uczucie, którego nie da się z nicym innym porównać. Już wiem, co to znaczy kochać tak, by oddać za kogoś życie. Sebek rośnie w oczach, służy mu moje mleko i mimo, że ciężko mi z tym, że nie chce ssać i w tym czasie przytulać się do mnie to wiem, że daję Mu to, co najlepsze na dany moment. Wciąz mamy przecież szansę na nauczenie Go ssania, może kiedy żuchwa Mu się wydłuży, może regularne przystawianie pomoże, może zadziałają nakładki formujące od Medeli które właśnie zamówiłam? Karmię Malca z butelki Calma od Medeli, która podobno nie zaburza odruchu ssania. Póki co odciągam pokarm około 7-8 razy na dobę, laktator Medela Swing Maxi sprawdza mi się świetnie i działa na mnie doskonale. Napiszę oddzielny post o tym sposobie karmienia, bo czuję, że niedługo nabiorę w nim ogromnej wprawy.

cesarskie ciecie po indukcji 2

Jestem niesamowicie szczęśliwa. Wyczerpana. Czasem płaczliwa. Momentami mam mnóstwo energii, a momentami tak mało, że nie wiem jak wstanę z łóżka. Dochodzę do siebie po porodzie, który mimo, że nie odbył się w najmniejszym stopniu tak jak bym to sobie wymarzyła, dał mi przecudownego Synka, nad którego wychowaniem od teraz się skupiam. Poród za mną, teraz czeka mnie i mojego Męża długa droga by Malcowi zapewnić to co najlepsze. Staramy się i będziemy starać się z całych sił, bo nie ma na świecie nikogo ani niczego innego co byłoby warte takich starań. Sebastian to nasz Mały Wielki Cud…

Udostępnij: