Psychologia

Mój mąż nie sprząta – o tym jak prawie rozpadła się nasza rodzina

jak prawie rozpadlo sie moje malzenstwo

Sobotni poranek. Synek śpi smacznie, ja świeżo wykąpana z delikatnym makijażem zabieram się za przygotowanie pysznego śniadania dla siebie i dla męża. Planuję zrobić omlet z szynką, pomidorkami, cebulką, do niego majonezowo-jogurtowy sos ze szczypiorkiem. Mąż czyta coś na telefonie ale prowadzimy jakąś luźną rozmowę. Każde z nas ma dobry humor, a że jesteśmy głodni cieszymy się że zjemy lada chwila pyszne śniadanko. Omlet jak to omlet wymaga rozbicia jajek, ubicia białek, wymieszania ich z żółtkami. Podsmażenie cebulki i szynki również jest niezbędne by smak był idealny. No i rzecz jasna sos! Bez niego trudno mówić o idealnym omlecie. Działam więc, w międzyczasie robiąc nam herbatę. Omlet gotowy, herbata na stole. Rzecz jasna Sebek wyczuwa śniadanie i budzi się w momencie kiedy zasiadamy do stołu. Bierzemy gościa do jego domowej taksówki czyt. Chicco BabyHug i zabawiając go zajadamy. Śniadanie było pyszne i nawet udało się nam je zjeść bez Sebcia niecierpliwiącego się w taxi. Mój mąż idzie przebrać malca, ja zabieram się za sprzątanie… Tak oto sielankowo zaczyna się historia o tym, jak prawie rozpadła się nasza rodzina.

Nie ma to jak sobotnie śniadanie

Jedna miska z ubitych białek, druga z żółtek, końcówki ubijające od miksera, patelnie z omletu i cebuli, szpachelki, deska do krojenia, jeszcze noże i małe sitko do przesiewania mąki do omletu – sporo tego, a dużą część zmywam ręcznie, bo to rzeczy bambusowe albo plastikowe miski. Jeszcze ścieranie blatów. I wyrzucenie łupek z jajek i odpadków z małej komory zlewu. Mąż już malcem na macie, ja nadal sprzątam. I coraz bardziej się wkurzam, bo R. zostawił Sebka na macie i zaczyna parzyć kawę. Kawiarka, filiżanki, podstawki, garnek na podgrzanie mleka. A talerze z naszych omletów puste nadal na stole…

Tak zaczyna się wojna

Jest około 11, Sebek bawi się swoim szopem na macie, a R. nadal siedzi na telefonie przy stole. Pije kawę i mówi bym usiadła do kawy. I wtedy się zaczyna. Włącza mi się lekki agresor – mówię R. by włożył do zmywarki talerze i sztućce. Odpowiada, że dopiero zjadł i chce odpocząć. Moja posprzątaniowa agresja wzrasta – mówię (po przy Sebku nie krzyczę) by włożył te cholerne talerze do zmywarki. On na przekór tego nie robi. I od słowa do słowa się zaczyna… Wypominanie, niemiłe słowa, on że pracuje i jest zmęczony, ja że też nie odpoczywam bo jestem wciąż z małym, że tylko sprzątam wiecznie sama. Wypominam mu wczorajszy niewyrzucony papierek do orzeszkach, on nadeptuje mi na odcisk totalnie mówiąc że to tylko głupi papier i jestem przecież w domu. A on pracuje. Ja do niego że no jasne, tylko ty pracujesz, a ja siedzę jak gnyp w domu i mi wypominasz kasę. I takim sposobem jesteśmy pokłóceni i wkurzeni na siebie jak diabli. I już odechciewa się tej kawy.

We mnie włącza się wszystko co najgorsze – myślę w furii “no tak, przecież on “nigdy” (nieprawda) nie sprząta, nic nie robi w domu (nieprawda), wypomina mi pieniądze (w złości i tylko mi na złość, bo realnie tak nie myśli), ja jestem uwalona z dzieckiem, w domu, bez rozwoju, bez pracy, a on się rozwija i działa prężnie w swojej firmie. Jestem przeokrutnie wściekła i nie chcę go widzieć na oczy. Słyszę w głowie głos mojej mamy… No ale wiedziałaś jaki on jest, współczuję ci, no ten R. to nic w domu nie robi, on nawet papierka nie sprzątanie, tak tak, tylko on zarabia a ty w domu jak robotnik i zero wdzięczności, jaki ten dzień okropny itp. Ten głos jest jak potwierdzenie, podpowiada mi że może lepiej się rozwieść? Będę wracać do czystego mieszkania, mieszkać tylko z synkiem. Ta furia wtedy zaślepia mnie tak, że rozwód jawi mi się jako jedyne możliwe rozwiązanie. R. tego dnia wyciąga do mnie rękę z 30 razy, zabiera nas na lody, ja jadę tylko dlatego że spacer z synkiem musi być, ale jestem tak naburmuszona, że odzywam się do męża jak cham i nie chcę się pogodzić. Za każdym razem odrzucam jego wyciągniętą dłoń i dobre słowa…

Czy to jest zły mąż?

Tak naprawdę mój mąż pracuje i bez problemu daje mi kasę, ustaloną kwotę na miesiąc. Często mimo to płaci różne rzeczy np. wypad do restauracji czy kawiarni np. na śniadanie, kawę czy obiad – a chodzimy do nich dość często. Płaci często za moje zakupy kiedy jesteśmy w galerii i o dziwo ma przy tym dobry humor! Czasem przywozi do domu gotowe jedzonko np. rybę czy pyszne pierogi. Jak napiszę mu listę robi zakupy. Wynosi śmieci. Czasem robi i zdejmuje pranie. Czasem odkurzy, choć rzadko. Mój mąż nie lubi sprzątać – mówi o tym otwarcie i bez problemu płaci za usługi pani do sprzątania – ja jednak nie korzystam. Nie lubię kiedy ktoś obcy mi sprząta. R. śpi z Sebkiem bym mogła się wysypiać, podaje mu w nocy mleko z butelki kiedy ja odciągam (musimy dokarmiać bo malec nie ssie tak jak trzeba), bardzo często go przewija. Jeździ z malcem na rehabilitację, zawsze jest przy szczepieniach, bierze gościa na spacery. Nie obciąża mnie pracą, mówi bym skupiła się na Sebku i robiła coś dobrego dla siebie. Sporo pracuje ale taki urok własnego biznesu – nie jest lekko.

Gdzie wkracza matka tam dzieje się jatka

Chyba takie powiedzenie nie istnieje. Mimo to idealnie opisuje naszą obecną sytuację. Moja mama od stycznia nam pomaga. Z przeprowadzką, w szpitalu, przy Sebku. Jest u nas kilka dni w tygodniu, zazwyczaj zostaje na 3 noce. Kocha Sebka. Kocha mnie. Zawsze mi pomagała. I wszystko mogłoby być dobrze, gdyby nie to że ona ma problem z moim małżeństwem. Wolę myśleć że nieuświadomiony i jej działania nie są świadome. Realnie, patrząc na całokształt najprościej mówiąc – buntuje mnie na mojego męża.

Trzy słowa i znak od Boga

Aż do niedzieli do wieczora mnie trzyma. I choć powoli zaczynamy rozmawiać to ja nadal swoje wąty. R. w końcu widząc, że do mnie nic nie dociera zrezygnowany i wkurzony jak cholera mówi trzy słowa “je.aj się Kaśka” i to ostatnie co mówi. Dzień wcześniej przepłakałam wieczór i leżałam załamana z przerwami na karmienie synka… W niedzielę wpadli nasi przyjaciele i wybuchłam na R. przy nich. I na nich w pewien sposób. Mój poziom wkurzenia osiągnął jak teraz myślę swój zenit. Nastąpiło przeładowanie. I te trzy słowa sprawiły że wyszłam z mieszkania. Załamana i pewna że to koniec, że on ma już dość. I ja mam dość. Szybkim krokiem poszłam w stronę zachodu słońca. I wtedy zobaczyłam przepiękny księżyc, a obok różowe niebo, tam gdzie zachodziło słońce. I pojęłam. W jednej chwili. Dzięki Bogu – dosłownie bo dzień wcześniej modliłam się o jakiś znak co mam dalej robić.

I przyszło zrozumienie

Zasłużyłam na te słowa! Ja w 100% na nie zasłużyłam. Ile razy wyzywałam R. w gniewie i waliłam w niego takie epitety że największy prostak by się ich nie powstydził. Ile razy sprawiałam mu przykrość swoimi słowami. Ile razy wspomniałam o rozwodzie i planie rozwalenia naszej rodziny. Poczułam, że zachowuję się jak rozkapryszone dziecko, które uważa że wszystko mu się należy, które może wszystko zrobić i powiedzieć a i tak uniknie kary. Czułam że mogę to robić bez konsekwencji – bo on mnie kocha i kochał będzie. Brałam go za pewnik. “Tylko krowa nie zmienia zdania” – usłyszałam w głowie to zdanie. On może zmienić zdanie. I wtedy nasza rodzina nie będzie już istnieć. Sebek nie będzie miał taty obok. Będzie pytał czemu koledzy mają rodziców obok przez cały czas a on nie, czemu spędzają razem weekendy i wakacje, a on nie. Będę wracać z synem do pustego domu, a weekendy spędzać samotnie bez nich! Boże, jak mnie to cholernie zabolało! Nie takiej przyszłości chcę dla mojego syna! Nie takiej chcę dla siebie.

Niewdzięczność to pewna zguba

Nie doceniałam mojego męża. Nie widziałam tego wszystkiego dobrego co robi. Tego jak daje radę mimo że mu ciężko – został beze mnie w firmie, gdzie wcześniej byliśmy zawsze razem. Tego że ogarnia tak dobrze. Że zarobioną ostatnio samodzielnie kasę chce wydać na nasze wspólne dobro, a nie np. na wymarzony samochód. Tego że mnie kocha. I tego, że tak często ostatnio przynosił mi kwiaty. Wdzięczność to jeden z kluczy do szczęścia. Ja o tym zapomniałam. Zapomniałam o wielu rzeczach ważnych. O tym kim jestem. A jestem teraz żoną i mamą! I to moje najważniejsze życiowe role i moje ognisko domowe ma się palić jasnym płomieniem! A nie palić mi dom.

Moja mama póki co nie przyjeżdża. Obraziła się bo my się pogodziliśmy. Przeprosiłam R. zaraz po powrocie z mojej wędrówki po rozum. Przeprosiłam go za wszystko z głębi serca. On mnie również, za swoją złośliwość, za to nieszczęsne niesprzątanie. Obiecaliśmy sobie że będziemy dbać o nasz związek, o naszą rodzinę – bo to jest to co mamy najcenniejszego! Już nie pozwolimy by ktokolwiek mieszał i dokładał drew do naszego ogniska domowego – tylko my możemy w nim palić. Tyle ile na dany moment potrzebujemy. By było dobrze. Ciepło. Bezpiecznie. I spokojnie. Razem.

Udostępnij: